Ostatniego, piątego dnia podróży zrobiliśmy niezły skok. Z Noviego Sadu dojechaliśmy aż do samiutkich Gliwic, jednego dnia rozjeżdżając drogi aż pięciu różnych krajów: Serbii, Węgier, Słowacji, Czech no i oczywiście Polski (chociaż u nas to już i tak były dosyć rozjeżdżone). Granicę w Cieszynie przekroczyliśmy w niedzielę, dosłownie dwie minuty przed północą. Do domu zajechaliśmy jakąś godzinę potem. Tamtej nocy spałem już w swoim, choć dawno nieużywanym, łóżku, które pamięta jeszcze czasy gimnazjalne.
Dobrze mieć takie łóżko.
Pełno tu impresji zebranych w czasie wolontariatu EVS na Peloponezie. Popatrz na Grecję moimi oczami!
poniedziałek, 25 lipca 2011
niedziela, 24 lipca 2011
Novosadzkie déjà vu.
Byłem tu już, byłem! W połowie lutego. Było wtedy zimniej, szarzej i smutniej, ale miejsca pozostały te same. Novi Sad - czasem zwany "serbskimi Atenami" - niezmiennie jawi się w moich oczach jako piękne, żywe i wielokulturowe miasto. W słońcu Novi Sad wygląda jeszcze okazalej, bo słońce wszystkie te pozytywne cechy o których była mowa dodatkowo podkreśla i wyostrza.
Pobujaliśmy się po novosadzkim starym mieście, zjedliśmy coś, wypiliśmy i w ogóle spędziliśmy tam fajny wieczór. Nazajutrz aż żal było wyjeżdżać! Nie tylko z Novego Sadu, Wojwodiny i Serbii, ale z Bałkanów w ogóle. Przyzwyczaiłem się do życia w tym kotle...
Pobujaliśmy się po novosadzkim starym mieście, zjedliśmy coś, wypiliśmy i w ogóle spędziliśmy tam fajny wieczór. Nazajutrz aż żal było wyjeżdżać! Nie tylko z Novego Sadu, Wojwodiny i Serbii, ale z Bałkanów w ogóle. Przyzwyczaiłem się do życia w tym kotle...
sobota, 23 lipca 2011
Kolejny etap. Ze Skopje do Noviego Sadu.
Ze Skopje cały dzień parliśmy na północ. Bez większych kłopotów czy przygód sprawnie i szybko przejechaliśmy przez Serbię. Jeszcze wieczorem zameldowaliśmy się w Novim Sadzie, stolicy Wojwodiny, autonomicznej prowincji na północy Serbii. Tam spędziliśmy czwartą noc tej podróży. Czas płynął. Kilometry też. Byłem coraz dalej od Xylokastro i coraz bliżej Gliwic.
piątek, 22 lipca 2011
Republika Macedonii: Скопје [Skopje].
A więc: Skopje. Miasto nad wartką rzeką Wardaw. Stolica macedońskiej rzeczywistości i egzotyki. Jak tam jest?
Ledwo co wjechaliśmy do miasta, powitały nas cygańskie dzieci - prawdziwi skopscy ambasadorowie. Wyłaniają się jak spod ziemi i proszą o bakszysz. Radary mają szczególnie wyczulone na cudzoziemców, bo ci w ich mniemaniu to sami milionerowie. My nie dość, że się wyróżnialiśmy w tłumie na ulicy, to jadąc ulicami Skopje na polskich rejestracjach nie mieliśmy w ogóle szans przemknąć niezauważonym. Gdy tylko zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, ambasadorowie dopadli nas i rusz zaczęli myć przednią szybę brudnymi gąbkami. Potem, "puk, puk!" nam w okna samochodu. "Bakszysz, bakszysz..." Nie daliśmy im pieniędzy, to chłopcy zaczęli myć boczne szyby, a potem tylną, przy czym cały czas pukali domagając się zapłaty. Z jednej strony żal mi ich było, z drugiej wiem, że jak dam palec to spróbują odgryźć rękę i już się nigdy nie odczepią. Na szczęście, nie daliśmy się emocjonalnie zaszantażować.
Popołudniu wyszliśmy na spacer po mieście. Na każdym kroku czuło się, że miasto jest stolicą kraju w którym cały czas jest sporo do zrobienia (nadrobienia?). Skopczyków, i Macedończyków w ogóle, los naprawdę nieźle kopał w dupsko. Wszyscy chcieli tu panować, ale nikt nie miał zamiaru inwestować i wziąć jakiejś, choćby skromnej, odpowiedzialności za tubylców. I tak przez lata tereny obecnej Macedonii były najbiedniejszymi terenami we wszystkich państwach, w których skład wchodziły - od Imperium Osmańskiego, przez Królestwo Bułgarii, aż po Socjalistyczną Jugosławię. Ot, zapomniane peryferie.
Jakby tego było mało, w 1963 roku straszne w skutkach trzęsienie ziemi nawiedziło Skopje, z epicentrum, tuż pod placem Macedonii. Statystyki były tragiczne - zginęło ponad 1000 osób, 4000 zostało rannych, 100,000 ludzi pozostało bez dachu nad głową, a 3/4 zabudowy miasta uległo zniszczeniu, w tym wiele bezcennych zabytków. Żywym pomnikiem tamtych wydarzeń jest jest budynek Poczty Głównej, który pozostawiono w niezmienionym stanie od 1963 roku. Na przedniej fasadzie zegar cały czas wskazuje godzinę 5:16. Wtedy stanął po pierwszych wstrząsach.
Współczesna Macedonia wcale nie ma więcej szczęścia. Od czasu odzyskania niepodległości w 1991 roku, Macedończycy doświadczyli wojny domowej i konfliktu z Grecją. Wszystko skutkowało izolacją i chorym gospodarowaniem publicznymi pieniędzmi. Teraz podobno ma być tylko lepiej.
Najsłynniejszą skopijką jest Albanka - Agnesë Gonxhe Bojaxhiu - która nawet nie urodziła się w Skopje, tylko w Üsküb. Tak nazywano miasto w czasach Imperium Osmańskiego. Któż to taki? Świat zna ją jako Matkę Teresę z Kalkuty. Laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1979 roku zasłynęła altruistyczną pracą misyjną na rzecz najuboższych na ulicach w Indiach. W czasie swojego życia Skopje odwiedzała czterokrotnie. Doczekała się też w mieście swojego urodzenia kaplicy z muzeum dokumentującym jej życie i misje. Przed kaplicą stoją dwa pomniki Matki Teresy.
Dlaczego dwa pomniki Matki Teresy a nie jeden? Bo Macedończycy mają obsesję na punkcie pomników i symboli!! Nie wiem czy jest na świecie drugie takie miejsce jak plac Macedonii w Skopje. W promieniu niecałych 100 metrów doliczyłem się bez mała piętnastu pomników! Największe wrażenie robi oczywiście pomnik Aleksandra Wielkiego, o którym już pisałem w kontekście konfliktu macedońsko-greckiego. Pomnik przewyższa swoim majestatem okoliczne kamienice i jest jasnym sygnałem w stronę Greków: "Aleksander jest nasz!" W każdym rogu placu stoi co najmniej jeden pomnik już "normalnych" rozmiarów. Są tam inni bohaterowie narodowi - biskupi, powstańcy, poeci, filozofowie, kochankowie, losowi obywatele, nawet zwierzęta. Uwagę zwraca Justynian I, cesarz bizantyjski, który odbudował ówczesne Skopje, zniszczone trzęsieniem ziemi w VI w.
Innych konkretnych pomników nie pamiętam, bo było ich zbyt dużo. Najczęstszym motywem przewodnim był zawadiaka z wąsem i szabelką. Na koniu albo przy koniu. Mały, wojowniczy naród, z wielkim kompleksem swojej narodowej tożsamości. Czemu się jednak dziwić? Tyle czasu ich nie było na mapach, a tu nagle są. Jakoś świadomość narodową trzeba zbudować. W dodatku Macedończycy zapewne czują, że są w ciągłym osaczeniu - napierają muzułmańscy Albańczycy i ichnie mniejszości narodowe, Serbom cały czas się marzy wielka Serbia, Bułgarzy też uważają Skopje za stolicę swojej peryferyjnej prowincji, no i jeszcze do tego Grecy, którzy istnienia państewka w ogóle nie uznają. Nie jest łatwo być współczesnym Macedończykiem..
Dlatego łuk triumfalny. Dlatego te wszystkie pomniki. Dlatego olbrzymie macedońskie flagi w wielu miejscach miasta... Swoją drogą, zastanawialiśmy się czy z lotu ptaka maszty na których osadzone są flagi, nie układają się w macedońską, ośmioramienną gwiazdą albo jakiś inny ważny symbol dla tego narodu. Wcale nie zdziwiłoby mnie to zbytnio, gdyby się okazało, że maszty układają się w jakąś narodową mozaikę. Wisienką na torcie jest nazewnictwo ważnych instytucji w państwie imionami Filipa II Macedońskiego i Aleksandra Wielkiego. Od tego Grecy zielenieją, wyskakują im gule i siwieją włosy.
Chyba tylko Turkom zależało na tych rejonach. Do dzisiaj pozostało tu sporo muzułmanów. W całej Macedonii szacuje się, że jakieś 30% ludności to wyznawcy islamu. W ścisłym centrum Skopje, po drugiej stronie kamiennego mostu, przerzuconego nad rzeką Wardar, cudem ocalałego z pamiętnego trzęsienia ziemi z 1963, jest turecka dzielnica. Bardzo przypomniała mi stambulskie klimaty. Chrześcijanie nie zniszczyli tego miejsca, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że miejsce to było bardziej zaniedbane niż reszta miasta i czasy jego świetności minęły razem z panowaniem sułtanów. Jednak w przeciwieństwie do Bitoli, gdzie meczety były nieczynne, a minarety stanowiły jedynie urozmaicenie krajobrazu, w Skopje muzułmańskie świątynie działały i miały się całkiem dobrze. Podczas naszej kolacji (jedliśmy w tureckiej dzielnicy) imam akurat nawoływał do modłów.
Na ulicach Skopje, szczególnie po tej drugiej stronie kamiennego mostu, sporo kobiet jest zamotana chustami. Alkohol poza barami i restauracjami sprzedawany jest jedynie do godziny 21.00. Kompromis osiągnięty pomiędzy religiami? Ukłon w stronę muzułmańskiej mniejszości? Wątpliwe. Bo krzyż na górze Vodno nie pozostawia wątpliwości kto tu teraz rządzi. Swoim majestatem przemawia do muzułmańskich mniejszości: "chrześcijaństwo tu mimo wszystko triumfowało".
Ze Skopje wyjechałem z poczuciem, że naród macedoński ma jeszcze sporo do zrobienia (nadrobienia?). Jest to z pewnością miasto warte doświadczenia. Jeśli jednak chodzi o mnie to raczej nie do życia.
Ledwo co wjechaliśmy do miasta, powitały nas cygańskie dzieci - prawdziwi skopscy ambasadorowie. Wyłaniają się jak spod ziemi i proszą o bakszysz. Radary mają szczególnie wyczulone na cudzoziemców, bo ci w ich mniemaniu to sami milionerowie. My nie dość, że się wyróżnialiśmy w tłumie na ulicy, to jadąc ulicami Skopje na polskich rejestracjach nie mieliśmy w ogóle szans przemknąć niezauważonym. Gdy tylko zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, ambasadorowie dopadli nas i rusz zaczęli myć przednią szybę brudnymi gąbkami. Potem, "puk, puk!" nam w okna samochodu. "Bakszysz, bakszysz..." Nie daliśmy im pieniędzy, to chłopcy zaczęli myć boczne szyby, a potem tylną, przy czym cały czas pukali domagając się zapłaty. Z jednej strony żal mi ich było, z drugiej wiem, że jak dam palec to spróbują odgryźć rękę i już się nigdy nie odczepią. Na szczęście, nie daliśmy się emocjonalnie zaszantażować.
Popołudniu wyszliśmy na spacer po mieście. Na każdym kroku czuło się, że miasto jest stolicą kraju w którym cały czas jest sporo do zrobienia (nadrobienia?). Skopczyków, i Macedończyków w ogóle, los naprawdę nieźle kopał w dupsko. Wszyscy chcieli tu panować, ale nikt nie miał zamiaru inwestować i wziąć jakiejś, choćby skromnej, odpowiedzialności za tubylców. I tak przez lata tereny obecnej Macedonii były najbiedniejszymi terenami we wszystkich państwach, w których skład wchodziły - od Imperium Osmańskiego, przez Królestwo Bułgarii, aż po Socjalistyczną Jugosławię. Ot, zapomniane peryferie.
Jakby tego było mało, w 1963 roku straszne w skutkach trzęsienie ziemi nawiedziło Skopje, z epicentrum, tuż pod placem Macedonii. Statystyki były tragiczne - zginęło ponad 1000 osób, 4000 zostało rannych, 100,000 ludzi pozostało bez dachu nad głową, a 3/4 zabudowy miasta uległo zniszczeniu, w tym wiele bezcennych zabytków. Żywym pomnikiem tamtych wydarzeń jest jest budynek Poczty Głównej, który pozostawiono w niezmienionym stanie od 1963 roku. Na przedniej fasadzie zegar cały czas wskazuje godzinę 5:16. Wtedy stanął po pierwszych wstrząsach.
Współczesna Macedonia wcale nie ma więcej szczęścia. Od czasu odzyskania niepodległości w 1991 roku, Macedończycy doświadczyli wojny domowej i konfliktu z Grecją. Wszystko skutkowało izolacją i chorym gospodarowaniem publicznymi pieniędzmi. Teraz podobno ma być tylko lepiej.
Najsłynniejszą skopijką jest Albanka - Agnesë Gonxhe Bojaxhiu - która nawet nie urodziła się w Skopje, tylko w Üsküb. Tak nazywano miasto w czasach Imperium Osmańskiego. Któż to taki? Świat zna ją jako Matkę Teresę z Kalkuty. Laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1979 roku zasłynęła altruistyczną pracą misyjną na rzecz najuboższych na ulicach w Indiach. W czasie swojego życia Skopje odwiedzała czterokrotnie. Doczekała się też w mieście swojego urodzenia kaplicy z muzeum dokumentującym jej życie i misje. Przed kaplicą stoją dwa pomniki Matki Teresy.
Dlaczego dwa pomniki Matki Teresy a nie jeden? Bo Macedończycy mają obsesję na punkcie pomników i symboli!! Nie wiem czy jest na świecie drugie takie miejsce jak plac Macedonii w Skopje. W promieniu niecałych 100 metrów doliczyłem się bez mała piętnastu pomników! Największe wrażenie robi oczywiście pomnik Aleksandra Wielkiego, o którym już pisałem w kontekście konfliktu macedońsko-greckiego. Pomnik przewyższa swoim majestatem okoliczne kamienice i jest jasnym sygnałem w stronę Greków: "Aleksander jest nasz!" W każdym rogu placu stoi co najmniej jeden pomnik już "normalnych" rozmiarów. Są tam inni bohaterowie narodowi - biskupi, powstańcy, poeci, filozofowie, kochankowie, losowi obywatele, nawet zwierzęta. Uwagę zwraca Justynian I, cesarz bizantyjski, który odbudował ówczesne Skopje, zniszczone trzęsieniem ziemi w VI w.
Innych konkretnych pomników nie pamiętam, bo było ich zbyt dużo. Najczęstszym motywem przewodnim był zawadiaka z wąsem i szabelką. Na koniu albo przy koniu. Mały, wojowniczy naród, z wielkim kompleksem swojej narodowej tożsamości. Czemu się jednak dziwić? Tyle czasu ich nie było na mapach, a tu nagle są. Jakoś świadomość narodową trzeba zbudować. W dodatku Macedończycy zapewne czują, że są w ciągłym osaczeniu - napierają muzułmańscy Albańczycy i ichnie mniejszości narodowe, Serbom cały czas się marzy wielka Serbia, Bułgarzy też uważają Skopje za stolicę swojej peryferyjnej prowincji, no i jeszcze do tego Grecy, którzy istnienia państewka w ogóle nie uznają. Nie jest łatwo być współczesnym Macedończykiem..
Dlatego łuk triumfalny. Dlatego te wszystkie pomniki. Dlatego olbrzymie macedońskie flagi w wielu miejscach miasta... Swoją drogą, zastanawialiśmy się czy z lotu ptaka maszty na których osadzone są flagi, nie układają się w macedońską, ośmioramienną gwiazdą albo jakiś inny ważny symbol dla tego narodu. Wcale nie zdziwiłoby mnie to zbytnio, gdyby się okazało, że maszty układają się w jakąś narodową mozaikę. Wisienką na torcie jest nazewnictwo ważnych instytucji w państwie imionami Filipa II Macedońskiego i Aleksandra Wielkiego. Od tego Grecy zielenieją, wyskakują im gule i siwieją włosy.
Chyba tylko Turkom zależało na tych rejonach. Do dzisiaj pozostało tu sporo muzułmanów. W całej Macedonii szacuje się, że jakieś 30% ludności to wyznawcy islamu. W ścisłym centrum Skopje, po drugiej stronie kamiennego mostu, przerzuconego nad rzeką Wardar, cudem ocalałego z pamiętnego trzęsienia ziemi z 1963, jest turecka dzielnica. Bardzo przypomniała mi stambulskie klimaty. Chrześcijanie nie zniszczyli tego miejsca, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że miejsce to było bardziej zaniedbane niż reszta miasta i czasy jego świetności minęły razem z panowaniem sułtanów. Jednak w przeciwieństwie do Bitoli, gdzie meczety były nieczynne, a minarety stanowiły jedynie urozmaicenie krajobrazu, w Skopje muzułmańskie świątynie działały i miały się całkiem dobrze. Podczas naszej kolacji (jedliśmy w tureckiej dzielnicy) imam akurat nawoływał do modłów.
Na ulicach Skopje, szczególnie po tej drugiej stronie kamiennego mostu, sporo kobiet jest zamotana chustami. Alkohol poza barami i restauracjami sprzedawany jest jedynie do godziny 21.00. Kompromis osiągnięty pomiędzy religiami? Ukłon w stronę muzułmańskiej mniejszości? Wątpliwe. Bo krzyż na górze Vodno nie pozostawia wątpliwości kto tu teraz rządzi. Swoim majestatem przemawia do muzułmańskich mniejszości: "chrześcijaństwo tu mimo wszystko triumfowało".
Ze Skopje wyjechałem z poczuciem, że naród macedoński ma jeszcze sporo do zrobienia (nadrobienia?). Jest to z pewnością miasto warte doświadczenia. Jeśli jednak chodzi o mnie to raczej nie do życia.
czwartek, 21 lipca 2011
Republika Macedonii: Z Bitoli do Skopje.
Z Bitoli do Skopje, czyli z południa na północ maleńkiej Macedonii, jest niecałe 200km. Całą drogę prowadziłem ja, osobiście, tymi ręcoma. Było to wyzwanie, choć wcale nie trudniejsze niż jazda po Grecji, wśród tamtejszych szalonych kierowców. Zresztą w Europie Grecy nie mają wielu konkurentów w konkurencji "ekstremalne prowadzenie pojazdów". Jeśli zatem przetrwałeś na drodze w Grecji, przetrwasz też w każdym innym kraju.
Droga była dobra, widoczność też. Ruchu praktycznie nie było. Slalomem wyprzedzałem ciężarówki, ciągniki oraz inne stare jak świat raszple i rzęchy. A jak już wjechałem na autostradę to był w ogóle full-wypas. Cóż z tego że macedoński asfalt zapewne pamięta jeszcze Marszałka Titę? Z macedońskimi autostradami jest widocznie jak z winem - im starsze tym lepsze. Eleganckie dwa, w miarę równe pasy sprawiały, że jechało się naprawdę przyzwoicie. Żadnych półpasków lub konieczności jazdy po pasie awaryjnym, tak jak na przykład na sławetnej "autostradzie" (ha, ha!) Ateny-Patra. Nawet przez drogi pokręcone górskimi serpentynami jechało się bardzo przyjemnie. Ogólny stan macedońskich dróg dziwił (na plus). No przecież byliśmy w dzikim kraju, poza Unią, poza Schengen. Jak to tak, ma być lepiej niż w Grecji!? Rzeczywistość na drodze działała wbrew logicznemu myśleniu. A jednak. Kultura jazdy Macedończyków też wyprzedzała tę z Grecji (na dwa plusy). Na przykład, w miastach kierowcy spokojnie zatrzymywali się przed przejściem dla pieszych i kulturalnie przepuszczali ich. W Grecji obyczaj nie do pomyślenia. Praktyka dla mięczaków i frajerów.
Jedynym macedońskim mankamentem były opłaty na autostradach. Generalnie wychodziła jakaś śmieszna kwota, około 50 denarów, czyli niecałe 4 złote za spory odcinek autostrady. Jeśli się miało macedońską walutę - nie było problemów, płaciło się tyle ile trzeba i jechało dalej. Czasem dostało się kwitek, czasem nie, ale przynajmniej miało się poczucie, że się nie zostało wyrolowanym. Kiedy jednak nie mieliśmy już denarów i przyszło nam płacić w euro, budkowy policzył sobie dwójkę. Ponad dwa razy tego co się należało! Europejska moneta szła prosto do kieszeni - bez fiskala, bez zbędnych zobowiązań. Widocznie tak lubią wszędzie.
Do Skopje wjechaliśmy fajną obwodnicą. Niejedno polskie miasto mogłoby pytać Macedończyków jak zorganizować ruch w mieście. Chociaż, jakby się nad tym zastanowić, to natężenie ruchu jest nieporównywalne niższe od tego w Polsce i u nas nawet na takiej fajnej obwodnicy stalibyśmy w korkach.
Tak też na trzecią noc podróży, za sprawą mojego prowadzenia, zamieszkaliśmy w stolicy Macedonii przy ulicy Salvadora Allende. Do celu-hotelu zaprowadził nas głos Krzysztofa Hołowczyca z nawigacji GPS. Allende był jedynym chyba prezydentem-komunistą w historii wybranym w demokratycznych wyborach. Z tego powodu w 1973 roku został usunięty przez innego świra - Pinocheta - z przeciwnego końca politycznego spektrum. Od tamtego czasu Allende stał się komunistycznym męczennikiem, który zginął na życzenie kapitalistów. Pewnie dlatego doczekał się swojej ulicy w jugosłowiańskim mieście Skopje.
Przy ulicy Allende czułem się swojsko, prawie jak w domu, na gliwickim osiedlu Gwardii Ludowej.
Droga była dobra, widoczność też. Ruchu praktycznie nie było. Slalomem wyprzedzałem ciężarówki, ciągniki oraz inne stare jak świat raszple i rzęchy. A jak już wjechałem na autostradę to był w ogóle full-wypas. Cóż z tego że macedoński asfalt zapewne pamięta jeszcze Marszałka Titę? Z macedońskimi autostradami jest widocznie jak z winem - im starsze tym lepsze. Eleganckie dwa, w miarę równe pasy sprawiały, że jechało się naprawdę przyzwoicie. Żadnych półpasków lub konieczności jazdy po pasie awaryjnym, tak jak na przykład na sławetnej "autostradzie" (ha, ha!) Ateny-Patra. Nawet przez drogi pokręcone górskimi serpentynami jechało się bardzo przyjemnie. Ogólny stan macedońskich dróg dziwił (na plus). No przecież byliśmy w dzikim kraju, poza Unią, poza Schengen. Jak to tak, ma być lepiej niż w Grecji!? Rzeczywistość na drodze działała wbrew logicznemu myśleniu. A jednak. Kultura jazdy Macedończyków też wyprzedzała tę z Grecji (na dwa plusy). Na przykład, w miastach kierowcy spokojnie zatrzymywali się przed przejściem dla pieszych i kulturalnie przepuszczali ich. W Grecji obyczaj nie do pomyślenia. Praktyka dla mięczaków i frajerów.
Jedynym macedońskim mankamentem były opłaty na autostradach. Generalnie wychodziła jakaś śmieszna kwota, około 50 denarów, czyli niecałe 4 złote za spory odcinek autostrady. Jeśli się miało macedońską walutę - nie było problemów, płaciło się tyle ile trzeba i jechało dalej. Czasem dostało się kwitek, czasem nie, ale przynajmniej miało się poczucie, że się nie zostało wyrolowanym. Kiedy jednak nie mieliśmy już denarów i przyszło nam płacić w euro, budkowy policzył sobie dwójkę. Ponad dwa razy tego co się należało! Europejska moneta szła prosto do kieszeni - bez fiskala, bez zbędnych zobowiązań. Widocznie tak lubią wszędzie.
Do Skopje wjechaliśmy fajną obwodnicą. Niejedno polskie miasto mogłoby pytać Macedończyków jak zorganizować ruch w mieście. Chociaż, jakby się nad tym zastanowić, to natężenie ruchu jest nieporównywalne niższe od tego w Polsce i u nas nawet na takiej fajnej obwodnicy stalibyśmy w korkach.
Tak też na trzecią noc podróży, za sprawą mojego prowadzenia, zamieszkaliśmy w stolicy Macedonii przy ulicy Salvadora Allende. Do celu-hotelu zaprowadził nas głos Krzysztofa Hołowczyca z nawigacji GPS. Allende był jedynym chyba prezydentem-komunistą w historii wybranym w demokratycznych wyborach. Z tego powodu w 1973 roku został usunięty przez innego świra - Pinocheta - z przeciwnego końca politycznego spektrum. Od tamtego czasu Allende stał się komunistycznym męczennikiem, który zginął na życzenie kapitalistów. Pewnie dlatego doczekał się swojej ulicy w jugosłowiańskim mieście Skopje.
Przy ulicy Allende czułem się swojsko, prawie jak w domu, na gliwickim osiedlu Gwardii Ludowej.
środa, 20 lipca 2011
Republika Macedonii: Битола [Bitola].
Po przekroczeniu granicy Niki-Medžitlija, nie ujechaliśmy zbyt daleko. Pierwszą noc w Macedonii spędziliśmy na południu kraju, w Bitoli, zaledwie 15 kilometrów od granicy. Gdy zakotwiczyliśmy w hotelu był już późny wieczór. Zjedliśmy macedońskie co nieco w hotelowej restauracji i wyszliśmy w miasto.
Moim zdaniem Bitola ma wielki potencjał. Jest to bardzo ciekawe i urokliwe miejsce. Położona na rozdrożu szlaków łączących Morze Egejskie z Adriatykiem i Europą Środkową, Bitola znajdowała się pod wpływem różnych kultur i religii. Mieszali w tej okolicy już starożytni Macedończycy. Sam Filip II Macedoński uważany jest za założyciela miasta. Potem byli Bizantyjczycy, a także słowiańskie plemiona Bułgarów i Serbów. Do Bitoli zaglądali też Albańczycy. Potem przez długi okres nad bitolską doliną panowali Turcy Osmańscy. Po wojnach światowych nastał czas Jugosławii, a teraz Bitola pozostaje drugim co do wielkości miastem Republiki Macedonii.
Centrum miasta świetnie oddaje jego wielokulturową przeszłość. Nad starówką górują przede wszystkim minarety dwóch, nieczynnych już dzisiaj, meczetów. Na przeciwko jednego z nich stoi wieża zegarowa z chrześcijańskim krzyżem na szczycie. To obecnie najbardziej popularny symbol miasta. Przed wieżą jest pomnik anioła trzymającego powstańca symbolizującego wszystkie walki narodowo-wyzwoleńcze które szargały historię tego niewielkiego kraju. Nieco dalej, na placu postawiono statuę Filipa II na koniu, a główna ulica odbiegająca od placu poświęcona jest Marszalowi Tito.
Bulwar Tity jest główną arterią miasta. Mieszczą się tam konsulaty wielu europejskich państw (stąd Bitola czasem jest przezywana "miasto konsuli"), sklepy, galerie, kawiarnie itd. Wieczorem, ulica tętni życiem. Są tam restauracje, bary, kluby. Można zjeść i pobawić się za stosunkowo niewielkie pieniądze. Dla przykładu, szklanka brandy w barze przy samym bulwarze Tity, kosztowała nie więcej niż 60 denarów, czyli jakieś 4 złote. Nic tylko pić w tej Macedonii.
Po drugiej stronie bulwaru jest szkoła oficerska do której uczęszczał sam Mustafa Kemal Atatürk. Za nią jest wesołe miasteczko i park miejski, a jeszcze dalej pozostałości antycznej Heraclei, zaczątku Bitoli z czasów Filipa. Jednak aż tak daleko nie zapuszczałem się. Było już późno, a ja byłem wypluty po całym dniu wrażeń znad jezior Prespy. Bitola zrobiła na mnie bardzo przyjazne wrażenie i chętnie bym tam powrócił. Choćby na to brandy.
Moim zdaniem Bitola ma wielki potencjał. Jest to bardzo ciekawe i urokliwe miejsce. Położona na rozdrożu szlaków łączących Morze Egejskie z Adriatykiem i Europą Środkową, Bitola znajdowała się pod wpływem różnych kultur i religii. Mieszali w tej okolicy już starożytni Macedończycy. Sam Filip II Macedoński uważany jest za założyciela miasta. Potem byli Bizantyjczycy, a także słowiańskie plemiona Bułgarów i Serbów. Do Bitoli zaglądali też Albańczycy. Potem przez długi okres nad bitolską doliną panowali Turcy Osmańscy. Po wojnach światowych nastał czas Jugosławii, a teraz Bitola pozostaje drugim co do wielkości miastem Republiki Macedonii.
Centrum miasta świetnie oddaje jego wielokulturową przeszłość. Nad starówką górują przede wszystkim minarety dwóch, nieczynnych już dzisiaj, meczetów. Na przeciwko jednego z nich stoi wieża zegarowa z chrześcijańskim krzyżem na szczycie. To obecnie najbardziej popularny symbol miasta. Przed wieżą jest pomnik anioła trzymającego powstańca symbolizującego wszystkie walki narodowo-wyzwoleńcze które szargały historię tego niewielkiego kraju. Nieco dalej, na placu postawiono statuę Filipa II na koniu, a główna ulica odbiegająca od placu poświęcona jest Marszalowi Tito.
Bulwar Tity jest główną arterią miasta. Mieszczą się tam konsulaty wielu europejskich państw (stąd Bitola czasem jest przezywana "miasto konsuli"), sklepy, galerie, kawiarnie itd. Wieczorem, ulica tętni życiem. Są tam restauracje, bary, kluby. Można zjeść i pobawić się za stosunkowo niewielkie pieniądze. Dla przykładu, szklanka brandy w barze przy samym bulwarze Tity, kosztowała nie więcej niż 60 denarów, czyli jakieś 4 złote. Nic tylko pić w tej Macedonii.
Po drugiej stronie bulwaru jest szkoła oficerska do której uczęszczał sam Mustafa Kemal Atatürk. Za nią jest wesołe miasteczko i park miejski, a jeszcze dalej pozostałości antycznej Heraclei, zaczątku Bitoli z czasów Filipa. Jednak aż tak daleko nie zapuszczałem się. Było już późno, a ja byłem wypluty po całym dniu wrażeń znad jezior Prespy. Bitola zrobiła na mnie bardzo przyjazne wrażenie i chętnie bym tam powrócił. Choćby na to brandy.
wtorek, 19 lipca 2011
Kwestia macedońska - konflikt o ego czy coś jeszcze?
Gdzie leży "prawdziwa" Macedonia i kim tak naprawdę są Macedończycy to sprawa cholernie skomplikowana. Nie ma w tej kwestii zgody na forum międzynarodowym, a już na pewno nie na Bałkanach, wśród krajów, których spór o macedońską spuściznę bezpośrednio dotyczy. Niemniej przebywając w tym kraju, który tak bardzo chce by go nazywano Republika Macedonii, nie sposób kwestii macedońskiej na blogu pominąć. W miarę mojej wiedzy i możliwości spróbuję wyłożyć o co w tym wszystkim biega.
To było tak: niepodległa Republika Macedonii powstała w 1991 roku przy okazji rozpadu Jugosławii. Grecy od razu odmówili uznania istnienia państwa pod taką nazwą. W północnej Grecji istnieje bowiem prowincja o nazwie Macedonia. W jej obrębie znajdują się najważniejsze ośrodki starożytnego państwa macedońskiego - Vergina, Pella oraz Tessaloniki - z czasów najświetniejszych przywódców, Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Według Aten, nazwa Macedonia ma greckie pochodzenie i nie powinna być używana w odniesieniu do żadnego innego państwa.
Oburzeni Grecy twierdzą, że Słowianie w szczególności nie mają żadnego prawa do przywłaszczenia sobie tej nazwy, gdyż nie było ich na tych terenach w starożytności.
Góra: Flaga greckiej prowincji Macedonia.
Dół: Flaga Republiki Macedonii z 1991r.
W rzeczywistości Macedonia to historyczny region na półwyspie bałkańskim, wchodzący w granice pięciu współczesnych krajów - Grecji, Macedonii, Bułgarii, Albanii i Serbii. Granice ziem które wchodziły w skład Macedonii, a także definicje tego co macedońskie zmieniały się przez stulecia. Chociaż Grekom trzeba oddać to, że serce macedońskiej potęgi znajduje się obecnie w granicach ich państwa.
Oprócz nazwy problemem dla Greków stała się również flaga, godło i konstytucja nowo powstałego kraju. Wszystkie swoją symboliką bezpośrednio nawiązywały do czasów starożytnych. Do czasów Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Na fladze widniała sześcioramienna gwiazda Verginy, dokładnie taka sama jak we fladze greckiej prowincji. Flagi różnił jedynie kolor tła. Dodatkowo, macedońska konstytucja gwarantowała protekcję Republiki Macedońskiej wszystkim Macedończykom, również tym poza granicami kraju. W oczach Greków było to jawne roszczenie terytorialne wobec ich północnej prowincji.
Po lewej: Flaga Republiki Macedonii z 1995r.
Konsekwentnie od 1992 roku Grecy blokują wejście Macedonii do NATO i Unii Europejskiej. Odbija się to na macedońskiej gospodarce i integracji z resztą Europy.
W 1995 roku doszło do porozumienia wskutek interwencji ONZ, UE i USA. Macedończycy zgodzili się być uznawanym na forum międzynarodowym jako FYROM [Former Yugoslav Republic of Macedonia], czyli Była Jugosławiańska Republika Macedonii. Zmienili też flagę z sześcioramiennego słońca Verginy na ośmioramienne. Poprawili konstytucję. Częściowo usatysfakcjonowani Grecy zdjęli z Republiki Macedonii embargo handlowe. Wtedy konflikt ekonomiczno-polityczny przerodził się w czystą dysputę o "prawa autorskie" do nazwy Macedonia.
Nieugięte stanowisko Grecji w kwestii macedońskiej zostało postawione pod dużą presją ze strony społeczności międzynarodowej, zaniepokojoną perspektywą kolejnego konfliktu zbrojnego na Bałkanach. Grecy stracili spore poparcie dla swojej sprawy. Do tej pory już 125 państw świata, w tym Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone, uznało państwo ze stolicą w Skopje pod nazwą Republika Macedonii. Polska także uznała tę nazwę, dlatego też w tym wpisie tak właśnie odnoszę się do tego państwa (zapewne ku wielkiej rozpaczy moich greckich przyjaciół). Z najbliższych sąsiadów Grecji, w kwestii macedońskiej cały czas poparcia udziela im Bułgaria (która nota bene też posiada sporą część terytorium starożytnej Macedonii, a wielu Bułgarów uważa się za etnicznych Macedończyków). Macedonię najaktywniej wspierają Turcy.
Obecne stanowisko Grecji i tak jest dosyć zmiękczone. Chcą od Macedończyków aby uzupełnili nazwę swojego kraju o przymiotnik, który nie pozostawiałby wątpliwości, że chodzi jedynie o część historycznego regionu, np. Macedonia Górna albo Północna Macedonia. Macedończykom wcale się to nie uśmiecha i cały czas grają o pełną stawkę. Od kilku dobrych lat w Macedonii rządzi prawica i w swojej retoryce uparcie nawiązuje się do tradycji Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Między innymi w Skopje imieniem tego ostatniego nazwano największe lotnisko w kraju, a także główną autostradę. W centrum stolicy Macedończycy wystawili pomnik Aleksandra na Bucyfale tak dupny, że swoim majestatem przewyższa większość okolicznych kamienic. W Republice Macedonii nacjonalistyczna retoryka i walka o spuściznę starożytności jest nieźle nakręcona. Nie dziwota, że Greków to martwi, wkurza i że takich ruchów się boją.
Konflikt o prawa autorskie nazwy Macedonia cały czas trwa i na razie nie widać końca tej dysputy. Według Łukasza Reszczyńskiego z Fundacji Amicus Europae, grecka polityka zagraniczna wobec Republiki Macedonii jest krótkowzroczna. Ustabilizowanie relacji z północnym sąsiadem niesie bowiem realne korzyści polityczne i gospodarcze. A tak, obie strony rozniecają tylko zaszłości historyczne. Problemy małych narodów? Myślę, że w Polsce coś o tym wiemy...
To było tak: niepodległa Republika Macedonii powstała w 1991 roku przy okazji rozpadu Jugosławii. Grecy od razu odmówili uznania istnienia państwa pod taką nazwą. W północnej Grecji istnieje bowiem prowincja o nazwie Macedonia. W jej obrębie znajdują się najważniejsze ośrodki starożytnego państwa macedońskiego - Vergina, Pella oraz Tessaloniki - z czasów najświetniejszych przywódców, Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Według Aten, nazwa Macedonia ma greckie pochodzenie i nie powinna być używana w odniesieniu do żadnego innego państwa.
Oburzeni Grecy twierdzą, że Słowianie w szczególności nie mają żadnego prawa do przywłaszczenia sobie tej nazwy, gdyż nie było ich na tych terenach w starożytności.Góra: Flaga greckiej prowincji Macedonia.
Dół: Flaga Republiki Macedonii z 1991r.
W rzeczywistości Macedonia to historyczny region na półwyspie bałkańskim, wchodzący w granice pięciu współczesnych krajów - Grecji, Macedonii, Bułgarii, Albanii i Serbii. Granice ziem które wchodziły w skład Macedonii, a także definicje tego co macedońskie zmieniały się przez stulecia. Chociaż Grekom trzeba oddać to, że serce macedońskiej potęgi znajduje się obecnie w granicach ich państwa.
Oprócz nazwy problemem dla Greków stała się również flaga, godło i konstytucja nowo powstałego kraju. Wszystkie swoją symboliką bezpośrednio nawiązywały do czasów starożytnych. Do czasów Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Na fladze widniała sześcioramienna gwiazda Verginy, dokładnie taka sama jak we fladze greckiej prowincji. Flagi różnił jedynie kolor tła. Dodatkowo, macedońska konstytucja gwarantowała protekcję Republiki Macedońskiej wszystkim Macedończykom, również tym poza granicami kraju. W oczach Greków było to jawne roszczenie terytorialne wobec ich północnej prowincji.
Po lewej: Flaga Republiki Macedonii z 1995r.Konsekwentnie od 1992 roku Grecy blokują wejście Macedonii do NATO i Unii Europejskiej. Odbija się to na macedońskiej gospodarce i integracji z resztą Europy.
W 1995 roku doszło do porozumienia wskutek interwencji ONZ, UE i USA. Macedończycy zgodzili się być uznawanym na forum międzynarodowym jako FYROM [Former Yugoslav Republic of Macedonia], czyli Była Jugosławiańska Republika Macedonii. Zmienili też flagę z sześcioramiennego słońca Verginy na ośmioramienne. Poprawili konstytucję. Częściowo usatysfakcjonowani Grecy zdjęli z Republiki Macedonii embargo handlowe. Wtedy konflikt ekonomiczno-polityczny przerodził się w czystą dysputę o "prawa autorskie" do nazwy Macedonia.
Nieugięte stanowisko Grecji w kwestii macedońskiej zostało postawione pod dużą presją ze strony społeczności międzynarodowej, zaniepokojoną perspektywą kolejnego konfliktu zbrojnego na Bałkanach. Grecy stracili spore poparcie dla swojej sprawy. Do tej pory już 125 państw świata, w tym Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone, uznało państwo ze stolicą w Skopje pod nazwą Republika Macedonii. Polska także uznała tę nazwę, dlatego też w tym wpisie tak właśnie odnoszę się do tego państwa (zapewne ku wielkiej rozpaczy moich greckich przyjaciół). Z najbliższych sąsiadów Grecji, w kwestii macedońskiej cały czas poparcia udziela im Bułgaria (która nota bene też posiada sporą część terytorium starożytnej Macedonii, a wielu Bułgarów uważa się za etnicznych Macedończyków). Macedonię najaktywniej wspierają Turcy.
Obecne stanowisko Grecji i tak jest dosyć zmiękczone. Chcą od Macedończyków aby uzupełnili nazwę swojego kraju o przymiotnik, który nie pozostawiałby wątpliwości, że chodzi jedynie o część historycznego regionu, np. Macedonia Górna albo Północna Macedonia. Macedończykom wcale się to nie uśmiecha i cały czas grają o pełną stawkę. Od kilku dobrych lat w Macedonii rządzi prawica i w swojej retoryce uparcie nawiązuje się do tradycji Filipa II i Aleksandra Wielkiego. Między innymi w Skopje imieniem tego ostatniego nazwano największe lotnisko w kraju, a także główną autostradę. W centrum stolicy Macedończycy wystawili pomnik Aleksandra na Bucyfale tak dupny, że swoim majestatem przewyższa większość okolicznych kamienic. W Republice Macedonii nacjonalistyczna retoryka i walka o spuściznę starożytności jest nieźle nakręcona. Nie dziwota, że Greków to martwi, wkurza i że takich ruchów się boją.
Konflikt o prawa autorskie nazwy Macedonia cały czas trwa i na razie nie widać końca tej dysputy. Według Łukasza Reszczyńskiego z Fundacji Amicus Europae, grecka polityka zagraniczna wobec Republiki Macedonii jest krótkowzroczna. Ustabilizowanie relacji z północnym sąsiadem niesie bowiem realne korzyści polityczne i gospodarcze. A tak, obie strony rozniecają tylko zaszłości historyczne. Problemy małych narodów? Myślę, że w Polsce coś o tym wiemy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)