Kładąc się spać o 8.00 rano bardzo pobożnie rozpocząłem niedzielę - mój ostatni dzień w Ioanninie i w ogóle w Epirze. Spałem krótko, tylko do południa. Rzecz jasna o tej wczesnej porze, cała skacowana gromada smacznie jeszcze chrapała. Ja jednak działałem nadzwyczaj sprawnie, biorąc pod uwagę wczorajszą noc. Tsipouro cały czas szumiało w głowie. Nie przeszkadzało mi to. Spakowałem się, pozmywałem naczynia po wczorajszej kolacji, napisałem pożegnalną notkę dla moich gospodyń i po cichutku wymknąłem się z domu.
Słońce było już wysoko na niebie, gdy wgramoliłem się na cytadelę Alego Paszy. Poszedłem tam tylko po to aby coś zjeść. A widok z cytadeli Alego był jak najbardziej godny mojego śniadania.
Zasiedziałem się na cytadeli. Robiło się już późno, więc trzeba było ruszać w drogę. Zadzwoniłem po Christosa. Wypiliśmy pożegnalną kawę i podrzucił mnie za miasto. Stamtąd rozpocząłem kciukowanie. Zaczęło się bardzo źle. Ni stąd ni zowąd, lunął deszcz. Istne oberwanie chmury. Nie było się gdzie schować, więc przemoczyło mnie do suchej nitki. Nie poddawałem się jednak. Dzielnie stałem, trzymając w rękach spreparowany kartonik mówiący do kierowców gdzie chciałbym dupsko zawieźć: Peloponez - Patra/Xylokastro.
Przez pierwszą godzinę zatrzymał się tylko jeden samochód. Niestety po krótkiej rozmowie z kierowcą okazało się, że nie jedzie aż tak daleko. Kierowcy widząc mnie zwalniali i rozszyfrowywali mój zmoczony kartonik. Z ruchu ich warg wynikało, że napis cały czas był czytelny. Wielu jednak machało ręką, jakby chcieli powiedzieć:
- Chłopie! Za daleko!
No tak, najkrótsza droga do Xylokastro to ponad 300 km. Ale nauczyłem się rozpoznawać tablice rejestracyjne. Minęło mnie kilka samochodów zarejestrowanych w Koryntii. Przed nimi machałem najbardziej żywiołowo. Ale na nic. Nie zatrzymali się. Liczyłem też na obcych - Albańczyków, Bułgarów i Macedończyków - którzy przewijali się greckimi autostradami. Nadzieję pokładałem w kierowcach ciężarówek. Myślałem o studentach wracających do miasteczek uniwerysteckich po długim weekendzie. Też się zawiodłem.
Stałem w naprawdę dobrym miejscu, tuż przy wjeździe na autostradę. Tuż za mną było wystarczająco dużo miejsca, żeby samochód zatrzymał się dla mnie. Niestety nie miałem w niedzielę szczęścia. Pogoda była pod psem. Zimno, wietrznie, co chwila kropiło. Poza tym byłem sam, bez żadnej dziewczyny. Niewielu ma tyle odwagi, żeby zatrzymać się dla takiego łysego byka jak ja. Z dziewczyną (a jeszcze lepiej z dziewczynami) autostopuje się dużo łatwiej.
Po dwóch i pół godziny stania zadzwoniłem po mojego przyjaciela:
- Christoooos!
Przyjechał po mnie zarzucając wszystkie swoje obowiązki. Odwiózł mnie na dworzec autobusowy. Stamtąd pojechałem już prosto do Xylokastro, gdzie dotarłem o 2.00 nad ranem. Fakt, stałem się przez to uboższy o 30€. Jednak nie bez walki. Poddać się dyktaturze komunikacji autobusowej bez próby autostopowania byłaby dla mnie ujmą!
Pełno tu impresji zebranych w czasie wolontariatu EVS na Peloponezie. Popatrz na Grecję moimi oczami!
czwartek, 31 marca 2011
środa, 30 marca 2011
Tesalia+Epir: Ioannina dniem i nocą.
Ιωάννινα. Wiele można by napisać o mieście Jana, stolicy Epiru. Na przykład, że to baza wypadowa na górskie wędrówki po Zagorochorii albo wyśmienite miejsce żeby się upić tsipouro w doborowym towarzystwie. Można oczywiście też poświęcić się tak zwanemu zwiedzaniu samego miasta, ale to w drugiej kolejności. Każdy ma swoje priorytety.
Ioannina leży nad jeziorem Pamvotida, które bardziej sprawia wrażenie bardzo spokojnego morza. Woda ma tam nieprzenikniony, granatowy kolor. Wszędzie wokół góry. Pamvotida zachwyca. Mnie też zachwyciła, choć na krótko. Mój nowy przyjaciel Christos, szybko zamienił mój zachwyt w obrzydzenie, spokojnie opowiadając o tym jak wszystkie ścieki Epiru, w tym także te przemysłowe, spływają właśnie do jeziora Pamvotida.
Nad jeziorem stoi twierdza na której w czasach greckiego oświecenia urzędował Ali Pasza, zwany czasem Lwem z Ioanniny. Ali Pasza był albańskim możnowładcą w służbie sułtańskiej i trzymał za pysk tę część Imperium Ottomańskiego. Robił to niezwykle wprawnie, bo bezwzględnie, krwawo i okrutnie. Mimo to Grecy dobrze wspominają Alego. Był to bowiem znakomity gospodarz - tępił rozbójnictwo na drogach, popierał szkolnictwo, produkcję rzemieślniczą i handel. Co jednak ważniejsze, budował mocne i niezależne od Turcji państwo albańsko-greckie. Zawierał sojusze z Wielką Brytanią, Rosją, a nawet Napoleonem Bonaparte. Z Alim Paszą rozprawił się sułtan Mahmud II. Kazał on wziąć Ioanninę szturmem i uciupać zuchwałego możnowładcę. Niedługo po śmierci Alego, Grecy wywalczyli w powstaniu swoją niepodległość.
Duch Alego Paszy nadal unosi się nad Ioanniną. Nie tylko na fortecznej cytadeli, ale w każdym zakątku miasta. Nad jeziorem górują minarety meczetów. Na murach twierdzy widnieją inskrypcje po arabsku. Na ulicach sprzedaje się szisze i zakrzywione tureckie kordy. Grekom widocznie to nie przeszkadza, bo Ali Pasza mimo że był z niego kawał okrutnego skurwysyna przyczynił się do helleńskiej sprawy. Został też, chcąc nie chcąc, bohaterem wielu bajań i klechd dla greckich dzieci.
Teraz mniej o historii, więcej o tsipouro. Otóż w Ioanninie zakotwiczyliśmy u couchsurferek o pięknych imionach - Atlantis i Yria. W ich malutkim mieszkaniu spało chyba z piętnaście osób. Daliśmy jednak radę. O 23.00 zjedliśmy wspólnie kolację - makaron spaghetti ze szpinakiem znalezionym na śmietniku (!), pomidorami i serem feta. Pycha! O jakiejś 1.00 nad ranem wybyliśmy na tsipouro. Pora jak na Grecję wczesna, żeby wychodzić, ale pyszna grecka wódka ze skórek winogron wołała. Piliśmy zatem z anatałków, które wjeżdżały na stół razem z mezze (zakąskami) różnego rodzaju. Tsipouro to jest prawdziwie szelmowski płyn. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się 4.00 nad ranem, za oknem świtało, a mi w głowie kręciło się i kręciło... i kręciło. Nieboskłon wirował. Ludzie się śmiali, cieszyli. Zanim wróciliśmy do domu i poszliśmy spać była 7.00 starego czasu, czyli 8.00. Oj Ioannino, mieście Jana z duchem Alego Paszy na ramieniu! Dałaś mi popalić!
Ioannina leży nad jeziorem Pamvotida, które bardziej sprawia wrażenie bardzo spokojnego morza. Woda ma tam nieprzenikniony, granatowy kolor. Wszędzie wokół góry. Pamvotida zachwyca. Mnie też zachwyciła, choć na krótko. Mój nowy przyjaciel Christos, szybko zamienił mój zachwyt w obrzydzenie, spokojnie opowiadając o tym jak wszystkie ścieki Epiru, w tym także te przemysłowe, spływają właśnie do jeziora Pamvotida.
Nad jeziorem stoi twierdza na której w czasach greckiego oświecenia urzędował Ali Pasza, zwany czasem Lwem z Ioanniny. Ali Pasza był albańskim możnowładcą w służbie sułtańskiej i trzymał za pysk tę część Imperium Ottomańskiego. Robił to niezwykle wprawnie, bo bezwzględnie, krwawo i okrutnie. Mimo to Grecy dobrze wspominają Alego. Był to bowiem znakomity gospodarz - tępił rozbójnictwo na drogach, popierał szkolnictwo, produkcję rzemieślniczą i handel. Co jednak ważniejsze, budował mocne i niezależne od Turcji państwo albańsko-greckie. Zawierał sojusze z Wielką Brytanią, Rosją, a nawet Napoleonem Bonaparte. Z Alim Paszą rozprawił się sułtan Mahmud II. Kazał on wziąć Ioanninę szturmem i uciupać zuchwałego możnowładcę. Niedługo po śmierci Alego, Grecy wywalczyli w powstaniu swoją niepodległość.
Duch Alego Paszy nadal unosi się nad Ioanniną. Nie tylko na fortecznej cytadeli, ale w każdym zakątku miasta. Nad jeziorem górują minarety meczetów. Na murach twierdzy widnieją inskrypcje po arabsku. Na ulicach sprzedaje się szisze i zakrzywione tureckie kordy. Grekom widocznie to nie przeszkadza, bo Ali Pasza mimo że był z niego kawał okrutnego skurwysyna przyczynił się do helleńskiej sprawy. Został też, chcąc nie chcąc, bohaterem wielu bajań i klechd dla greckich dzieci.
Teraz mniej o historii, więcej o tsipouro. Otóż w Ioanninie zakotwiczyliśmy u couchsurferek o pięknych imionach - Atlantis i Yria. W ich malutkim mieszkaniu spało chyba z piętnaście osób. Daliśmy jednak radę. O 23.00 zjedliśmy wspólnie kolację - makaron spaghetti ze szpinakiem znalezionym na śmietniku (!), pomidorami i serem feta. Pycha! O jakiejś 1.00 nad ranem wybyliśmy na tsipouro. Pora jak na Grecję wczesna, żeby wychodzić, ale pyszna grecka wódka ze skórek winogron wołała. Piliśmy zatem z anatałków, które wjeżdżały na stół razem z mezze (zakąskami) różnego rodzaju. Tsipouro to jest prawdziwie szelmowski płyn. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się 4.00 nad ranem, za oknem świtało, a mi w głowie kręciło się i kręciło... i kręciło. Nieboskłon wirował. Ludzie się śmiali, cieszyli. Zanim wróciliśmy do domu i poszliśmy spać była 7.00 starego czasu, czyli 8.00. Oj Ioannino, mieście Jana z duchem Alego Paszy na ramieniu! Dałaś mi popalić!
wtorek, 29 marca 2011
Grecja - Polska.
Narodowe kadry Grecji i Polski właśnie grają towarzyski mecz w piłkę nożną na stadionie Olimpiakosu w Piraeusie. Piraeus jest ode mnie nieco ponad dwie godziny podróży. Niedaleko. Bilety kosztowały jedynie 10 euro. Niedrogo. Ja jednak dowiedziałem się o tym meczu dopiero wczoraj. Trochę za późno, żeby się zorganizować i pojechać. Ani w Tesalii, ani w Epirze, ani w Koryntii nie mówi się o meczu z Polakami. Grecy w knajpach oglądają koszykówkę. Panathinaikos i Olimpiakos walczą bowiem w Eurobaskecie. Pozostaje mi jedynie śledzić relację zczuba.pl. Po pierwszej połowie 0-0.
poniedziałek, 28 marca 2011
Tesalia+Epir: Zagorochoria.
Z Péramy udaliśmy się w mistyczne góry Epiru, do Zagorii. Konfiguracja osobowa wcale się nie zmieniła. Christos niezmiennie prowadził niebieskiego Opla Vectrę, Jorgos dalej opowiadał, a ja i Margit słuchaliśmy z zaciekawieniem. W tle buczała tradycyjna grecka muzyka. Mijały minuty. Nabieraliśmy kolejnych metrów nad poziomem morza, jadąc krętymi i dziurawymi drogami.
W końcu dotarliśmy do Μονοδένδρι (Monodendri w dosłownym tłumaczeniu znaczy "jedynie drzewa"), jednej z 45 wiosek regionu zwanego Zagorochorią - wioskami Zagorii. Tamże doświadczyłem zupełnie innej architekronicznej rzeczywistości, niż ta jaka stereotypowo rysuje się na pocztówkach z Grecji (pocztówki najczęściej są z Cykladów). W Monodendri nie było śladu domów o białych ścianach i pastelowo turkusowych dachach. Budynki miały co najwyżej błękitnawe okiennice, ale były wybudowane z kamienia. Od fundamentów aż po dachówki. Wszystko z kamienia. Pięknie się komponowało to kamienne osidle w górzysty krajobraz.
Z Monodendri poszliśmy na spacer zobaczyć wąwóz Vikos, jeden z najgłębszych na świecie. Po Meteorach widok wąwązu nie odebrał mi mowy, ale i tak mnie zachwycił.
- W czasie tego weekendu oddaję hołd greckim geologicznym cudom natury - pomyślałem. Jak najbardziej słusznie, choć patrzenie na wąwóz to nie ten sam kaliber hołdu co schodzenie wąwązu. Latem można się przez niego przeprawić. Zajmuje to bez mała siedem, może osiem, godzin, ale z tego co opowiadał Jorgos warto. Nie dziwię się. Maszerowanie dnem głębokiego na prawie kilometr wąwązu musi być czymś wyjątkowym.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy słynnych zagorochoriańskich mostach o smukłych, symetrycznych łukach. Wybudowane były jeszcze w czasach tureckiego imperium, aby usprawnić komunikację pomiędzy poszczególnymi osiedlami. Nie muszę chyba nadmieniać, że mosty, podobnie jak domy w Monodendri, również wybudowano z kamienia...
Dla dalej zainteresowanych tą mistyczną krainą odsyłam do linków zewnętrznych. Na przykład tam.
niedziela, 27 marca 2011
Tesalia+Epir: Jaskinia w Péramie.
Na właściwy weekend zakotwiczyliśmy w Ioanninie, stolicy Epiru. Pierwszego dnia pobytu wybyliśmy się jednak w góry, za miasto. Przewodnikami byli Christos i Jorgos, dwóch nauczycieli fizyki, z którymi zaznajomiłem się przez couchsurfing.com. Choć obydwoje pochodzili z północy Grecji i uparcie twierdzili, że okolicy nie znają zbyt dobrze, wiedzieli o Epirze dużo więcej niż ja czy Margit. I tak Christos prowadził niebieskiego Opla Vectrę, Jorgos opowiadał, a ja słuchałem, raz po raz zadając towarzyszom pytania.
Pierwszym przystankiem była Πέραμα (Pérama), mieścinka oddalona od Ioanniny jakieś 5 kilometrów. Pérama słynie z jaskini, w której epirska ludność chroniła się przed bombardowaniami Musolliniego podczas drugiej wojny światowej. Została odkryta przypadkiem przez zagubionego wieśniaka. Tuż po wojnie, w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia para speleologów (uwaga, trudne słowo! Speleolog to taki geograf specjalizujący się w jaskiniach) - Ioannis Petrocheilos i Anna Petrocheilou - odkryła i dokładnie zbadała rozległą jaskinię. Od 1956 roku jest udostępniona do zwiedzania przynosząc do Péramy fale wycieczek szkolnych i turystycznych.
Jakinia przypominała mi nieco Jaskinię Łokietka w Ojcowskim Parku Narodowym, którą odwiedziłem jako dzieciak kilkakrotnie. Wszędzie jak widać ludność ma tendencję do zapadania w pieczary kiedy biją. Kiedy idzie wojna i pożoga. Nie zależnie od nacji czy stanu. W końcu misją każdego z nas jest przetrwanie, a jaskinie takowe oferują w trudnych czasach.
Najfajniejszym aspektem pobytu w Péramie było kompletnie losowe spotkanie z wolontariuszami EVS z Vritty, na północy Grecji, których poznaliśmy na seminarium w Atenach. Zupełnie przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym miejscu i w tym samym czasie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat jest po prostu mały. A Grecja to już na pewno.
Pierwszym przystankiem była Πέραμα (Pérama), mieścinka oddalona od Ioanniny jakieś 5 kilometrów. Pérama słynie z jaskini, w której epirska ludność chroniła się przed bombardowaniami Musolliniego podczas drugiej wojny światowej. Została odkryta przypadkiem przez zagubionego wieśniaka. Tuż po wojnie, w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia para speleologów (uwaga, trudne słowo! Speleolog to taki geograf specjalizujący się w jaskiniach) - Ioannis Petrocheilos i Anna Petrocheilou - odkryła i dokładnie zbadała rozległą jaskinię. Od 1956 roku jest udostępniona do zwiedzania przynosząc do Péramy fale wycieczek szkolnych i turystycznych.
Jakinia przypominała mi nieco Jaskinię Łokietka w Ojcowskim Parku Narodowym, którą odwiedziłem jako dzieciak kilkakrotnie. Wszędzie jak widać ludność ma tendencję do zapadania w pieczary kiedy biją. Kiedy idzie wojna i pożoga. Nie zależnie od nacji czy stanu. W końcu misją każdego z nas jest przetrwanie, a jaskinie takowe oferują w trudnych czasach.
Najfajniejszym aspektem pobytu w Péramie było kompletnie losowe spotkanie z wolontariuszami EVS z Vritty, na północy Grecji, których poznaliśmy na seminarium w Atenach. Zupełnie przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym miejscu i w tym samym czasie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat jest po prostu mały. A Grecja to już na pewno.
sobota, 26 marca 2011
Tesalia+Epir: Kalampaka-Méteora.
Po grecku Mετέωρα (Metéora) znaczy "zawieszony w powietrzu" albo "na górze, w niebiosach". Bardzo trafnie. Meteory to masyw skał z piaskowca wyrastających niczym olbrzymie grzyby na równinie tesalskiej. Na szczytach poszczególnych skał prawosławni mnisi i mniszki usadowili swoje klasztory. Część z nich funkcjonuje do dziś, choć monastyry utraciły swą niedostępność. Obecnie można je zwiedzać bez żadnych przeszkód. Niemalże do samych wrót każdego z nich prowadzi wyasfaltowana droga, którą wożą się turyści w klimatyzowanych autobusach. A tych wcale nie mnichom nie brakuje. Skalne grzyby elektryzują i przyciągają, jakby była w nich zaklęta jakaś magiczna moc.
Ową moc pustelnicy wyczuli już dawno. Pierwsze wspólnoty religijne pojawiły się tam już w X wieku, a klasztory zaczęto wznosić niecałe cztery stulecia później. Czytając o tym nie mogłem się nadziwować naszej ludzkiej naturze. Pomysł, żeby na te skały się wspiąć, zdobyć je i tym samym poskromić, sam w sobie wydaje się absolutnie szalony. Nawet w dzisiejszych czasach. Ale żeby cokolwiek tam zacząć budować!? Jeszcze tyle lat temu... To naprawdę trzeba mieć nieprawdopodobny tupet i wyobraźnię z odległej galaktyki. Ale wszystko co ludzkie i najwspanialsze zaczyna się właśnie od tego.
U stóp strzelistych skał znajduje się miasteczko Καλαμπάκα (Kalampaka, choć tak naprawdę powinno się mówić "Kalabaka", gdyż połączone litery "m" i "p" tworzą w alfabecie greckim głoskę "b". Dlatego też góra na której władzę sprawuje Zeus tak naprawdę nazywa się Olib, igrzyska organizowane co cztery lata to igrzyska olibijskie, a klub sportowy z Pireusu wabi się Olibiakos. Taka mała lingwistyczna dygresja). Dojechać tam można pociągiem, prosto z Aten. My jednak zmuszeni byliśmy do podróży autobusem.
Tak czy inaczej dotarliśmy do Kalampaki późnym popołudniem. Migiem znaleźliśmy nocleg w przytulnym pensjonacie Alsos House, tuż u podnóża jednego z Meteorów. Jest to miejsce zbyt luksusowe jak na moją wolontariacką kieszeń. Jednak po krótkiej rozmowie i targu z właścicielem pensjonatu, Yannisem, sprawiłem że mogłem sobie pozwolić na noc w Alsos House, nie ujmując sobie ani krztyny wspominanego luksusu.
W przeciwieństwie do większości turystów, którzy odwiedzają Meteory, weszliśmy na szczyty skał o własnych siłach. Na własnych nogach, mając sobie za paliwo bezoktanowe śniadanie: jogurt, rodzynki i migdały. Wspinaczka stokami pierwszego z Meteorów wcale nie trwała długo. Najwyżej ze trzy kwadranse. Zdumiony byłem jak blisko są szczyty tych na pozór niedostępnych skalnych grzybów.
Do pierwszego monastyru - Agias Triados (klasztor św. Trójcy) - dotarliśmy pół godziny za wcześnie. Mnisi udostępniają klasztory do zwiedzania tylko w określonych godzinach. Jeśli przybędzie się poza wyznaczonym czasem, można co najwyżej pocałować wrota w... kłódkę. Czekaliśmy jednak cierpliwie, a ta cnota zawsze przynosi wynagrodzenie. Szczególnie w miejscu takim jak Meteory. Zostaliśmy wpuszczeni do środka monastyru. Oczywiście za drobną opłatą 2€. No co? Mnich też biznes potrafi rozkręcić!
Z Agias Triados roztoczyła się przede mną panorama. Ależ widoki! Dawno się tyle nie nawzdychałem. Ochałem i achałem bez końca. Byłem zauroczony tym szalonym pomysłem wybudowania domu i mieszkania w tak niezwykłym miejscu. Na zakończenie wizyty w Agias Triados zapaliłem świeczkę z kitu pszczelego niedaleko klasztornego ołtarza. Niech sobie płonie w samych dobrych intencjach.
Potem przeszliśmy górną drogą, oglądając pozostałe zawieszone w powietrzu monastyry. Zatoczyliśmy koło i zeszliśmy do drugiej wioski u stóp Meteorów, Kastraki. Nie wiem czy nazwa miejscowości ma cokolwiek wspólnego z tym co kiedyś robiono tam mnichom. Brr..! Wcale nie chcę wiedzieć. Z Kastrakóe trafiliśmy do Kalampaki. Stamtąd, posiliwszy się pysznymi kanapkami, wybyliśmy w kierunku Epiru.
piątek, 25 marca 2011
Tesalia+Epir: Trikala.
Gdzie ja to... Ach, tak! Zdecydowaliśmy się wysiąść z pociagu relacji Ateny-Kalampaka w Trikali. Miała być krótka piłka - przywitanie z rzekomo uroczym tesalskim miasteczkiem. Do tego powinna dojść jakaś kawusia i generalne rozprostowanie kości po sześciu bitych godzinach spędzonych na podłodze wagonu.
Na dworcu kolejowym rozkład jazdy informował z przekonaniem, że kolejny pociąg do Kalampaki odjeżdżał o 15:31. Świetnie! Mieliśmy dobrą godzinę na Trikalę. Akurat na zaspokojenie wyżej wymienionych priorytetów.
Z dworca do centrum było jakieś dwadzieścia pięć minut na piechotę. Nieblisko, ale dla Greków to dystans nie do pokonania bez pomocy samochodu, taksówki, autobusu, skutera lub chodziażby roweru.
Trikala okazała się zupełnie inna od innych greckich miast jakich wcześniej doświadczyłem. Inaczej się oddychało niż w Atenach, gdzie powietrze jest zanieczyszczone i śmierdzące czy na Peloponezie, gdzie jest wilgotno i wietrznie. Atmosfera miasteczka również wywierała pozytywne wrażenie. Było spokojniej, bardziej swojsko i co najważniejsze zielono. To stanowiło największy kontrast do betonowej Grecji jaką widzę na co dzień. W Trikali rosną drzewa i krzewy. Place są upstrzone klombami. Niedaleko centrum są parki, lasy, dokoła piętrzą się zielone stoki tesalskich gór.
Godzina spędzona w miasteczku w zupełności wystarczyła. W ciągu tego czasu weszliśmy na szczyt wieży zegarowej, zjedliśmy po trzy pomarańcze i odpoczęliśmy na tyle że byliśmy zwarci a gotowi do dalszej drogi. Na dworcu byliśmy o 15:20, na wszelki wypadek, tak jakby greckiemu pociągowi przyjechało się odrobinę wcześniej. Bo to się zdarza. Jednak szybko okazało się, że żaden pociąg do Kalampaki tego dnia już nie odjeżdża.
- Przyjdźcie jutro rano - powiedział nam zawiadowca.
Cóż, Grecja. Zaczęliśmy kombinować, kluczyć po Trikali, szukać rozwiązania. Każdy zapytany przez nas przechodzień udzielał innej porady. Niektórzy wysyłali nas taksówką za miasto na główny dworzec autobusowy. Inni sugerowali zatrzymanie się w hotelu w Trikali i wyruszenie na Meteory skoro świt dnia następnego. Byli i tacy, którzy bezradnie rozkładali ręce i w ogóle nie chcieli nam radzić. W końcu po godzinie rozważania różnych opcji wpadliśmy na autobus do Kalampaki. Bez wahania wskoczyliśmy na pokład. Meteory były niecałe pół godziny drogi od nas...
Na dworcu kolejowym rozkład jazdy informował z przekonaniem, że kolejny pociąg do Kalampaki odjeżdżał o 15:31. Świetnie! Mieliśmy dobrą godzinę na Trikalę. Akurat na zaspokojenie wyżej wymienionych priorytetów.
Z dworca do centrum było jakieś dwadzieścia pięć minut na piechotę. Nieblisko, ale dla Greków to dystans nie do pokonania bez pomocy samochodu, taksówki, autobusu, skutera lub chodziażby roweru.
Trikala okazała się zupełnie inna od innych greckich miast jakich wcześniej doświadczyłem. Inaczej się oddychało niż w Atenach, gdzie powietrze jest zanieczyszczone i śmierdzące czy na Peloponezie, gdzie jest wilgotno i wietrznie. Atmosfera miasteczka również wywierała pozytywne wrażenie. Było spokojniej, bardziej swojsko i co najważniejsze zielono. To stanowiło największy kontrast do betonowej Grecji jaką widzę na co dzień. W Trikali rosną drzewa i krzewy. Place są upstrzone klombami. Niedaleko centrum są parki, lasy, dokoła piętrzą się zielone stoki tesalskich gór.
Godzina spędzona w miasteczku w zupełności wystarczyła. W ciągu tego czasu weszliśmy na szczyt wieży zegarowej, zjedliśmy po trzy pomarańcze i odpoczęliśmy na tyle że byliśmy zwarci a gotowi do dalszej drogi. Na dworcu byliśmy o 15:20, na wszelki wypadek, tak jakby greckiemu pociągowi przyjechało się odrobinę wcześniej. Bo to się zdarza. Jednak szybko okazało się, że żaden pociąg do Kalampaki tego dnia już nie odjeżdża.
- Przyjdźcie jutro rano - powiedział nam zawiadowca.
Cóż, Grecja. Zaczęliśmy kombinować, kluczyć po Trikali, szukać rozwiązania. Każdy zapytany przez nas przechodzień udzielał innej porady. Niektórzy wysyłali nas taksówką za miasto na główny dworzec autobusowy. Inni sugerowali zatrzymanie się w hotelu w Trikali i wyruszenie na Meteory skoro świt dnia następnego. Byli i tacy, którzy bezradnie rozkładali ręce i w ogóle nie chcieli nam radzić. W końcu po godzinie rozważania różnych opcji wpadliśmy na autobus do Kalampaki. Bez wahania wskoczyliśmy na pokład. Meteory były niecałe pół godziny drogi od nas...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



